Spędzamy czasami wiele miesięcy planując jakąś wycieczkę. Chcemy, aby wszystko było dopięte na ostatni guzik, dzień rozplanowany do ostatniej minuty. Trudno mi to sobie wyobrazić, gdyż większość moich wypraw powstała z dnia na dzień, a proces planowania takiej wycieczki zazwyczaj kończył się u mnie na kupnie biletów lotniczych? Czy w 2019 coś zmienię w swoim podróżowaniu, czy dalej moje tripy będą nosiły nazwę momentalne wyprawy?

Jako, że niektórzy z was mogli już zapomnieć, że jest to głównie blog o narracjach, opowieściach, wszelkiego rodzaju tworach z domieszkami fabuły, zamierzam Tobie czytelników o tym przypomnieć dzięki krótkiej opowiastce.

Mój przyjaciel Vladimir, o którym już wspominałem przy okazji wyprawy na Gamescom, mieszka na co dzień we Włoszech. Dwa lata temu ja gościłem go u siebie w Polsce, a teraz przyszła moja kolei na wyprawę do niego.

Ja i moja dziewczyna nigdy nie byliśmy we Włoszech, ale postanowiliśmy, że odbędziemy tą wyprawę w najbliższym możliwym terminie. Tak się złożyło, że był to przełom roku 2018, a 2019. Już wakacje zajęliśmy się sprawą biletów, na jesień ogarnęliśmy temat mieszkania, a plan zwiedzania nigdy nie został stworzony.

Pomyśleliśmy, że warto polecieć na żywioł, nie przejmować się tym, czy pójdziemy do jakiegoś muzeum czy nie. Chcieliśmy doświadczyć momentalność, ulotność Florencji, i chyba nawet całkiem nam się to udało, chodząc po 20km dziennie, i oglądając wszystko co mogliśmy obejrzeć za darmo.

Jedliśmy na ulicach, jedliśmy w restauracjach. Delektowałem się kawą, przy akompaniamencie najlepszych wypieków oraz najładniejszej dziewczyny. Północ wybiła, zaczął się nowy rok, a my zmęczeni szybko poszliśmy spać.

4 dniowa wycieczka była miłą odskocznią od rzeczywistości. Dobrowolną ucieczką od obowiązków, ale także resetem przed nowym 2019 rokiem. Jedliśmy wszelkiego rodzaju panini, pizzę oraz makarony, co więcej zahaczyliśmy nawet o kuchnię azjatycką, gdyż jedliśmy ramen i sushi, ale niestety oba te dania pozostawiły niedosyt.

To co widzieliśmy będzie się pokazywać na moim Instagramie przez następne kilka tygodni. Polecam mnie tam śledzić, bo lubię dzielić się fotkami, a im większa publiczność, tym przyjemniej mi się je publikuje.

Vladimir wciąż ma się dobrze, a ta wyprawa pewnie na wiele lat zostanie nam w pamięci – cechami pozytywnymi jak i negatywnymi.

Przez najbliższy miesiąc mamy dość pomidorów.

Wydaję mi się, że w momentalnych wyprawach podoba mi się głównie to, że są zawsze na wpół zaplanowane. Kupno biletów, ogarnięcie mieszkania ustawia nas w określonej pozycji, który tylko względem naszego wyboru stwarza pozory niezaplanowanej. Lokacja oraz czas zaostrzają nasze kryteria wędrówki, i w pewnym sensie planują ją za nas. Czy zwiedzilibyśmy tak dokładnie Florencję, gdyby nasze mieszkanie nie znajdowało się 10 minut na piechotę do centrum? Czy śpieszylibyśmy się tak, ogarniając najmniejsze zakamarki, najciemniejsze ulice, gdybyśmy wiedzieli, że mamy więcej niż 4 dni na zwiedzanie?
Tak naprawdę to momentalne wyprawy są tylko z pozoru momentalne.
Trzymaj się, do zobaczenia!