Ze studiami jest tak, że naprawdę ich doświadczasz, kiedy spotkasz tam ludzi, z którymi się dogadujesz, trzymasz. Razem przesiadujecie na wykładach, a robienie prezentacji na zajęciach nie jest już tak nurzącą czynnością. Przemierzasz korytarze razem ze swoją ekipą, a najcięższy egzamin przestaje być wyzwaniem, bo przystępujecie do niego razem, nawet jeśli w pokoju z egzaminatorem jesteś sam.

Chciałbym się podzielić z wami historią z moich studiów, nierozłączną z muzyką Olivera Francisa. To historia mojej świty wiernych przyjaciół, którzy przez pewien okres czasu byli dla mnie bardzo ważni. Wciąż są, chociaż może nie spędzamy już razem czasu, a nasze drogi się rozeszły, to wspominanie ich sprawia, że ciepło mi na sercu.

Zacznijmy od końca roku 2016.

Był to zimowy wieczór, podczas którego mogliśmy się napić, wygadać, posłuchać wspólnie muzyki. O ile pamięć mnie nie myli, był to czwartek na początku grudnia, a następnego dnia zajęcia zostały odwołane, więc mieliśmy pełną dowolność w spędzaniu razem czasu.

Odpalaliśmy hity undergroundowych raperów, kiedy w pewnym momencie zaczęliśmy słuchać Olivera Francisa. Kilka jego pierwszy kawałków siadało nam wyśmienicie.

Cała nasza czwórka, w kawalerce jednego z przyjaciół, siedziała przed 17 calowym monitorem, oglądając teledysk z YouTube na niepowiększonym odtwarzaczu.

Z czasem, zaczęliśmy spotykać się częściej, pić trochę więcej (drugi rok studiów = dużo stresu), a że większość naszej ekipy miała do czynienia z muzyką, każde z tych spotkań było z nią związane.

Nie było imprezy bez Oliverka.

Byłem trochę rozbity w tym czasie, ale dzięki moim przyjaciołom szybko stanąłem na nogi. Niedługo później poznałem dziewczynę, z którą jestem do dziś.

W 2017 powoli się rozdzielaliśmy.

Jeden ze znajomych zmienił miejsce zamieszkania, co sprawiło, że miał niesamowicie blisko do kolejnej dwójki z moich przyjaciół. Spotykali się o wiele częściej, niż wcześniej co sprawiło, że nie było potrzeb do imprezowych spotkać, jak było to rozegrane wcześniej. Oliverek coraz częściej grał mi tylko na słuchawkach.

Starałem się pojednać pracę, związek, imprezowanie i studia, ale nie udało mi się. Musiałem wykreślić wydarzenia, które były mi zbędne. Poza wspólna wigilią, i sylwestrem raczej nie było szans by złapać mnie na imprezie.

2018 był końcem pewnej epoki.

Ogłoszono, że Oliver będzie grał koncert w Warszawie. Tylko nasza dwójka, z pierwotnej czteroosobowej ekipy pojechała na koncert. Bawiłem się tam świetnie, ale jednak z tyłu głowy wiedziałem, że już nigdy więcej nie będzie takiej ekipy jak wtedy.

Zmieniliśmy się. Zmieniły się nasze cele, nasze marzenia, nasze postrzeganie czasu.

Pewien etap w życiu się zakończył, a nowy otworzył. Chciałbym w nim kroczyć z miły wspomnieniem ekipy z drugiego roku studiów. Byliście naprawdę świetnymi kompanami.

Ale ja muszę iść dalej, i już nie oglądać się za siebie, dążyć za swoimi marzeniami, za życiem, które sam chce przeżyć.

Dla siebie, ale także dla swoich bliskich – czy to przeszłych, czy może przyszłych.
Bo szczęście musi wypływać najpierw z nas, a dopiero później z naszego otoczenia. Jak mamy dawać innym radość, jeśli sami nie jesteśmy radośni?