Muszę być z wami szczery. Czasami mi się nie chce. Ja wiem, że blog działa dopiero miesiąc, ale mimo to już w głowie kłębią mi się myśli, które powoli kierują mój rozum w stronę rezygnacji. Odechciewa mi się wielu rzeczy, wstawanie rano staje się udręką, a wleczenie się na uczelnie niemiłosiernie wydłuża się w porannej ciemności. Dni stają się krótsze, kawa coraz zimniejsza, a ja myślami odpływa w komfort swojego pokoju.

Mimo mojego narzekania, nie przestaję tworzyć bloga. Nie przestaję wstawać rano, wyruszać na uczelnię, używać komunikacji miejskiej, i dopijać słabe lury. Nie zatrzymuję się, bo nie widzę w czym mogłoby to pomóc.

Z drugiej strony, ten wewnętrzny duszek zmusza do ociągania się. Niektóre z tych czynności wykonujemy w pośpiechu, śniadania zostawiamy niedojedzone, a my sami jesteśmy niezadowoleni z egzystencji, ale brniemy dalej.

Bo tylko to nam zostało, bo życie bez robienia czegoś nie ma wielkiej wartości.

Nie zrozum mnie źle, odpoczywanie jest spoko, relaks jest w porządku, ale jesień wymusza na nas pewnego rodzaju presję egzystencjalną. To okres próby naszego samozaparcia.

Śliskie nawierzchnie nie sprzyjają bieganiu, a mimo to zakładam buty i pokonuje kolejne kilometry w zabłoconym obuwiu. Powinno się chodzić spać od razu po zachodzie słońca? Nie zmrużę oka, dopóki nie domknę wszystkich spraw, i nie wejdę w swój rytuał zasypiania (o tym może kiedyś też napiszę). A zimna kawa, może pozostać zimna, bo z rana i tak piję zimną wodę.

Nie lubię presji jesieni. Rzuca mi wyzwanie, przed najzimniejszym okresem, aby wziął się za pisanie bloga, za tworzenie rzeczy. Rozumiem, że to ważne, ale mogę to robić bez kata stojącego za moimi plecami. Bo jak raz dam się namówić na przespanie porannego wykładu, trudno będzie się pozbierać na ten sam wykład w przyszłym tygodniu.

Może piszę trochę chaotycznie, ale wysłuchaj mnie, bo prawdopodobnie działamy bardzo podobnie.

Egzystujemy z dnia na dzień w swojej idyllicznej bańce dobrostanu, aż pewnego dnia temperatura zaczyna spadać, dzień się zaczyna skracać oraz krajobraz mieni się przeważnie szarością. I to wszystko równocześnie – żadnego czasu adaptacyjnego, ulotki informacyjnej, bądź ostrzeżenia ze strony naszej rzeczywistości.

Wiemy, że przychodzi co roku, ale że akurat w tym roku przyszła o tej porze? Niesłychane.

A tak na serio, to żarty sobie robię. Mimo wszystko, czuję się czasami jak Łona.

A Ty jak się czujesz?