Dawno, dawno temu, a dokładnie w roku 1969, człowiek postawił swoją stopę na powierzchni księżyca. Ja dopiero urodziłem się w 1996, więc nie mogłem być świadkiem tego wydarzenia, ale mogłem obejrzeć film inspirowany historią jednego z członków załogi Apollo 11 – Neil’a Armstrong‘a.

O Pierwszym Człowieku dowiedziałem się stosunkowo niedawno. Przeglądając zwiastuny oraz materiały promocyjne znalazłem informację, że reżyserem tego filmu jest Damien Chazelle, który był również odpowiedzialny za produkcje takie jak Whiplash, czy La La Land. W przeciwieństwie do wymienionych dzieł, First Man jest adaptacją gotowej historii.

Czy reżyser podołał wyzwaniu wcielenia w film życia jednego z najbardziej znanych ludzi na całym świecie? Czy pieczołowitość reżysera oraz całej ekipy jest odzwierciedlona w jakości narracyjnej?

Wydaj mi się, że odpowiedź na te dwa pytania jest jasna.

Od początku seansu siedziałem na krawędzi fotela. Scena rozpoczynająca cały film jest dość stresująca dla widza, chociaż wiemy, że nic nie może się stać głównemu bohaterowi, gdyż człowiek stanął na księżycu. Po tej dawce emocji zagłębiamy się w życie Neil’a.

To co zaskoczyło mnie najbardziej to balans.

Cały film zbudowany jest na podstawie kontrastu, gdyż z jednej strony mamy skomplikowane wewnętrzne życie naszego protagonisty oraz przygnębiające sprawy rodzinne, a z drugiej chęć eksploracji kosmosu. Przenikanie się tych dwóch sfer w życiu kosmonauty zostało wykonane bezbłędnie, a motywacja protagonisty odsłonięta jest pod sam koniec filmu.

Śmierć córki łamie przekonania naszego bohatera, co utrudnia mu kontakt z rodziną. Spędza czas przygotowując się do lotu, a utrata przyjaciół w wypadkach uderza bezpośrednio w serce Armstronga.

Jedna z moich ulubionych scen dotyczy przerwania prac nad projektem Apollo. Jeden z dyrektorów pyta się naszego protagonisty, czy może nie odpuścić już, argumentując, że koszt jest zbyt wielki. Neil uświadamiając sobie, ile stracił, odpowiada: „Trochę za późno na takie pytania” (parafrazując).

Jedyne do czego mógłbym się przyczepić to koniec filmu. Widownia dostała wytłumaczenie całego filmu na tacy, a nie jest to dobra praktyka. Niektóre z tych scen były niepotrzebnie przedłużone.

Wracając do pytań zadanych na początku. Wydaje mi się, że tak. Jako odbiorca nie byłem świadom historii rodziny Armstrongów, i w jaki sposób uformowały Neila w jego gwiezdnych podróżach. Jest to film świetnie skomponowany, z sporą ilością dobrych ujęć, a dźwiękowcy przeszli sami siebie.
Z czystym sumieniem mogę ten film polecić.
A Ty jak myślisz? Warto go obejrzeć? Może się na niego wybierasz? Albo chcesz cokolwiek napisać w komentarzach?
Nie zastanawiaj się dłużej! Czekam na twoją wiadomość.