Nie ma tygodnia, w którym nie korzystam z Netflixa. Jest to źródło mojej inspiracji, ale również pożyteczne medium informacyjne. Dla mnie najważniejsza jest rozrywka.
Czasami bardziej angażująca, a czasami mniej. Znajdę tu filmy, aby się odprężyć, ale także seriale, które sprawią, że po 5 godzinach bezwzględnego oglądania nie będę wiedział gdzie się znajduję, ani jak się nazywam.

Better Call Saul nie jest takim serialem.

Better Call Saul nie potrzebuje być takim serialem, bo mamy już Breaking Bad.

Better Call Saul jest narracyjnym spojrzeniem wstecz, wspomnieniem zawieszonym w przestrzeni.

Początki lat dwutysięcznych nie wydają się odległym czasem. Przez spektrum serialu zauważyłem jak wiele się zmieniło. Rozwój technologiczny rzuca się w oczy, a odbiorca czuje się jakby rzeczywiście oglądał dokument z czasów, które nie są mu już bliskie. Fabuła serialu toczy się pomiędzy dwutysięcznym czwarty, a dwutysięcznym piątym rokiem. To jedyne czternaście lat temu.

Od pierwszego odcinka Breaking Bad wydarzenie goniło wydarzenie. Walt zaczął pichcić kryształ, pichcił go więcej i więcej, aż narobił sobie kłopotów, a serial po 5 sezonach musiał się zakończyć. Zaskakująco mało odcinków pozwalało nabrać nam powietrza w płuca, oraz odetchnąć od tego narracyjnego sprintu.

Tempo Better Call Saul, w przeciwieństwie do Breaking Bad, przypomina maraton. Powoli, lecz miarowo zbliżamy się do końca odcinka, a na koniec każdego sezonu przekraczamy upragnioną metę. Czujemy się wypoczęci, a nie wypruci z emocji, chociaż koniec sezonu 4 przedstawia mroczne oblicza wielu postaci.

Nie zrozumcie mnie źle. W BCS również mamy kryminalny półświat, a główny bohater balansuje na linii pomiędzy prawem, a przestępstwem. Ociera się o zło, lecz w sposób stonowany, nie gwałtowny. Walt nie miał takiej możliwości.

W pewnym sensie Better Call Saul przypomina mi pierwszy sezon Breaking Bad. Było tam sporo miejsca na retrospekcję, na życie w chwili, z dnia na dzień. Kolejne sezony były jakościowo lepsze, lecz mam sentyment do tych pierwszych paru odcinków, nie zwiastujących jeszcze imperium narkotykowego Heisenberga.

Narracja Better Call Saul jest również wypełniona kamieniami milowymi, lecz są one o wiele mniejszej wagi, niż te z Breaking Bad. Śmierć jest tutaj wyjątkowa, a utrata kariery jest punktem kulminacyjnym jednego z sezonów.

Te przerwy narracyjne są spowodowane życiem. Nie zawsze wszystko wokół nas dzieje się w zawrotnym tempie. Oglądamy ten serial nie ze względu na prędkość z jaką się porusza. Oglądamy go ze względu na to, że jest nam tak bliski. Jest bliski rzeczywistości, z dodatkiem odpowiedniej ilości przypraw, w postaci nie do końca uczciwego prawnika, oraz budującego się w tle imperium narkotykowego.
Przyciąga nas etykieta prequel’a Breaking Bad, a zostajemy dla studium ludzkich zachowań.
 A Ty dlaczego oglądasz Better Call Saul? A może chciałbyś zacząć? Daj mi znać w komentarzu!