Po trzech latach turbulencji byłem u progu zakończenia swojej licencjackiej przygody. Jak uporałem się z obroną? Czy rzeczywiście jest to stresujące wydarzenie? Opowiem wam swoją historię, a wy wyciągnijcie z niej wnioski.

9 lipca był dniem mojej obrony, lecz wydaję mi się, że tę historię zacznę od niedzieli 8 lipca.

Był to początek wakacji, a ja postanowiłem odpocząć. Leniuchowałem, oglądałem głupoty, lecz miałem jedną ważną rzecz do zrobienia. W ramach treningu miał to być spokojny bieg 10km. Nie planowałem przybliżyć się do swojej życiówki, ale najwidoczniej moja podświadomość musiała się wyładować.

Dziś pamiętam, że był to jeden z najlepszych biegów w moim życiu. Wiatr we włosach, ulubiona muzyka czy podcast oraz odpowiednia temperatura sprzyjała rozwinięciu biegowych skrzydeł.

Dzięki zmęczeniu, nie myślałem od dniu jutrzejszym. Wziąłem prysznic, rozciągnąłem się i resztę dnia spędziłem leżąc wygodnie na kanapie w swoim pokoju, patrząc się w sufit, i rozmyślając. Medytowałem, zjadłem, a następnie poszedłem spać, przygotowując ówcześnie garnitur oraz koszulę. Koledzy z pokoju obok grali sesję RPG, a ja zasypiał do rzutów ich kości.

Budzik zadzwonił wcześnie, wyrywając mnie z głębokiego snu. Szybka owsianka, zarzucony garnitur i już musiałem pędzić na spotkanie z koleżanką, która również broniła tego dnia swój licencjat.

Mieliśmy kupić kwiaty dla komisji, co też zrobiliśmy, a następnie wspólnie udać się na obronę.

Wszystko szło po naszej myśli i zachęceni porannymi sukcesami, uśmiechnięci, weszliśmy na teren naszej alma mater.

Tutaj zaczynają się schody. Dosłownie, jak i w przenośni. Ciśnienie wzrasta, tętno również miarowo podskakuje. Wszyscy siedzą przed salą jak na szpilkach i po kolei wchodzą, z dość dużymi odstępami czasowymi.

Ręce mi się pocą. Myśli szaleją po głowie. Próbuje się uspokoić, lecz mi to nie wychodzi.

Moja kolei. Wchodząc na salę, czułem jakby moje buty były wypełnione ołowiem, a na moich barkach spoczywał plecak wypełniony cegłami. Czułem napiętą atmosferę.

Ale jak już udało mi się przywitać z komisją i usiąść, wszystko ze mnie wypłynęło. Wszelkie informacje, które miałem podać egzaminatorom, podałem. Czasami gubiłem wątek, lecz starałem się to zamaskować, mówiąc o różnych aspektach mojej pracy. Czas płynął, a ja czułem się dobrze ze swoimi wypowiedziami. Może brzmiałem czasami jak katarynka, nawijając po raz kolejny o tym samym.

Wyszedłem z sali, ochłonąłem. Ten etap był już za mną, teraz tylko szybka pogawędka z komisją i całe 3 lata edukacji zostaną zakończone. Cieszyłem się, że będę mógł kontynuować naukę na tej uczelni, lecz licencjat bywał męczący.

Nie mogłem się doczekać, aż otrzymam wyniki i będę mógł w końcu delektować się wakacjami.

Okazało się, że obroniłem się na 5, lecz na dyplomie będę miał 4+ ze względu na oceny z całych trzech lat. Zdarzały się wpadki oraz niezaliczenia kolosów, ale koniec końców, był to solidny finisz.

Całe 3 lata przygotowań i ostatnie intensywne kilka tygodni zaliczeń, egzaminów oraz ostatnich przeróbek licencjatu nauczyły mnie, żeby nie zostawiać wszystkiego na ostatnią chwilę. Nawet z moim przygotowaniem, bywały momenty, w których się potykałem. Pod presją czasu byłem zmuszony wykorzystać swoją wiedzę odnośnie planowania i ustawić wszystko tak, abym mógł się bronić jak najwcześniej.

Z odrobiną szczęścia i pomocą promotora wszystko wyszło należycie, a ja mogłem spokojnie oddać się wakacyjnej sielance.

Odłożyłem licencjat na półkę, ubrałem buty do biegania i wyszedłem na kolejny trening, żeby nie marnować błogiego nastroju.

Obroniłem swoje słowa, a to najlepsze z uczuć, które chcę doświadczać jak najczęściej. Chcę być dumny z tego co tworzę oraz chcę abyś uczył się tego razem ze mną.
A bieg był najlepszym biegiem dotychczas.