Lato nie przywitało odpowiednio wakacji. W zamian dostaliśmy zimno, siąpiący deszcz oraz zachmurzone nieba. Czasami nawet nie możemy spoglądać na burzę, która de facto często jest ciekawym fenomenem, dostrzegalnym jedynie podczas takich pór roku. Może zabłądziliście gdzieś na google, albo jesteście stałymi czytelnikami na blogu szukającymi rozrywki w te beznadziejne dni; nie martwcie się, pan bloger ma dla was kilka filmowych propozycji na te pogodowe, nieoptymistyczne czasy.

Her to jeden z moich ulubionych filmów tego dziesięciolecia. Spike Jonze wycisnął wszelkie soki z retrofuturyzmu, aby zgubić widza w świecie Theodora. Potulność wizji reżysera pomaga nam zapomnieć o otaczającej nas szarości. Nie dajmy się jednak zwieść, jest to film wysoce depresyjny oraz poruszający tematy w większości tabu, niektóre z pewnością wynikające z szybkiego progesu technologicznego. Z jednej strony wygodny estetycznie, z drugiej pożywny intelektualnie – na pewno jeden z lepszych seansów na deszczową porę. To wielopoziomowa historia miłosna, obrazująca początek, trwanie, rozpad oraz problemy po fakcie. Film analizujący Theodora oraz jego interakcje z społeczeństwem, przedstawia kontrast potrzeb oraz zachcianek protagonisty. Świat al dente może nie jest perfekcyjny, ale jak najbardziej realny i odpowiedni na zalane deszczem okna, pomimo naszej tęsknoty za pięknymi, retrofuturystycznymi dniami w Ameryce.

Drive jest klimatycznym przeciwieństwem Her. Zimno nocnych ulic, gra aktorska Ryana Goslinga oraz krótka, lecz przyjemna gra aktorska Briana Cranstona to tylko jedne z niewielu powodów, dla którego warto sięgnąć po ten obraz. Francuska muzyka elektroniczna zapada w pamięć, szczególnie gdy towarzyszy pościgom samochodowym. Każde z ujęć zostało dopasowane specjalnie pod fabułę, więc nie ma tutaj miejsca na zbędne kadry. Film żyje – to jeden z najlepszych komplementów dla kinematograficznego dzieła. Słowo drive, z angielskiego jechać, może oznaczać również motywację. Jak to się pokrywa z protagonistą oraz jego czynami na dużym ekranie? Przekonajcie się sami, podczas gdy deszcze będzie bił wam w okna.

Limitless to jeden z tych filmów, o których trudno się zapomina. Niesamowita tabletka pozwalająca odblokować pełen potencjał ludzkiego mózgu jest obiektem westchnień wielu ludzi na całym świecie. Jej przedstawienie oraz przypuszczalne działanie zrealizował Neil Burger we współpracy z Bradleyem Cooperem. Z wielką mocą przychodzi wielka odpowiedzialność, a protagonista tego filmu powoli zaczyna zdawać sobie z tego sprawę. Wzrost człowieka w bardzo szybkim tempie niesie ze sobą konsekwencje. To jeden z najbardziej motywujących filmów, obrazujący możliwości ludzkiego organizmu, oraz to, co można osiągnąć za sprawą treningu, może w trochę wolniejszym tempie, ale mimo wszystko przemawiający bezpośrednio do naszych wewnętrznych motywacji. Wypełniony po brzegi świetnymi ujęciami oraz wartką akcję, dzięki której pogoda na dworze nie będzie już grała większej roli, przynajmniej na najbliższe 105 minut.

To moje rekomendacje na deszczowe dni. Z chęcią posłucham również waszych, możecie mi je wysłać na meila, bądź zostawić coś od siebie w komentarzach. Każdy z filmów wymienionych powyżej, widziałem przynajmniej dwa razy. Za każdym razem było to trochę innego rodzaju doświadczenie, pozwalało mi nasiąknąć atmosferą, oraz zapomnieć o świecie zewnętrznym.
A czy Tobie też się uda?