bus
Siedzę tu, na przystanku, przenośnym przystanku życia, czekając na odpowiedniego rozmówcę, być może zbawienie kilkunastu godzin nudy. Nie jest wcale ciemno, a na daszku sączą się kolejne kropelki deszczu. Chłód doprawia klimat samotności oraz oczekiwania na autobus, który prawdopodobnie nigdy się nie pojawi. Trwam w Limbo, zajmując się sobą, czasem spoglądając na ten rozkład, który już teraz nie wskazuje żadnych odjazdów. Co mi pozostało? Wyciągam marker z przedniej kieszeni czarnego plecaka pumy, i dopisuję swoją linię. Linię życia.
Co się ze mną dzieje ostatnio?

Nie martw się, nie zapomniałem o tobie, Podróżniku. Jeśli prowadzisz bloga przez kilka miesięcy, w miarę regularnie, to jego absencja w twoim życiu jest wszechobecna. Gryzie cię sumienie, że nie napisałeś nowego wpisu, nie podejmowałeś prób interakcji ze swoimi czytelnikami. Życie rzadko raczy nas dokładnie tym, czego chcemy. Kilka spraw nawarstwiło się na moim umyśle, a ręka blogerska była nimi przyklapnięta. Wciąż jest.

Próbowałem się rozpędzić, a dzięki zyskanej prędkości ładnie przywaliłem w życiową ścianę.

Piszę, dokształcam się, pracuję. Specjalnie nie staram się obijać, a od niedawna robię to, do czego zostałem stworzony. Orbituję koło poczucia harmonii, lecz okazjonalnie znajdzie się ten meteoryt, który zniszczy wszystkie moje plany, a ja sam wypadnę z obiegu. To wszystko, co wyżej wymieniłem, jest istotne, nie zrozumcie mnie źle, lecz jest jedna bardzo ważna przyczyna, dlaczego na blogu było tak cicho.

Zajmowałem się życiem życia.

Jak mógłbym pisać o tych wolnych, głębokich nocnych rozmowach na przystankach, gdy sam doświadczyłem ich tylko kilka razy? Jak mogę pisać opowieści, jeżeli nigdy nie opowiadałem ich jako mówca? Jak mogę pisać o życiu, nie żyjąc nim?

Dobrze rozumiem komfort 4 ścian. Jest ciepło, przy mnie herbatka oraz wirtualny świat. To może się znudzić. Żadnych nowości, żadnych wybuchów.

Gary Vaynerchuck twierdzi, iż powinno się dokumentować, zamiast kreować. Żyjemy w świecie, w którym jest wystarczająca ilość opowieści, różnorakich historii. Wystarczy tylko znaleźć kogoś, kto mógłby nam je opowiedzieć, a chyba nie zrobimy tego, siedząc wygodnie w swoim obrotowym krzesełku.

Hashtagi, jakimi się posługuję na Instagramie (#live #love #life) pochodzą od tej uroczej osoby.

Rory Kramer, podobnie jak Casey Neistat, jest dla mnie inspiracją do przekraczania własnych granic. Pójście tam, gdzie jeszcze nigdy nie byłem, choćby na skali mikro (mam lęk wysokości, więc skoki ze spadochronem odpadają 😉 ).

Może kiedyś ujrzycie to nad czym teraz pracuję. Może tak, może nie. Pamiętajcie, by śledzić mnie na moich social media. Będę updatował je regularnie.

A i jeszcze jedno.

Nie, to nie koniec.

To dopiero początek.