Nachodzi nas chęć na książkę. Chcąc zaspokoić ten słowny głód, sięgamy po pozycję z półki, otwieramy tam, gdzie skończyliśmy wcześniej i kontynuujemy swoją przygodę z literaturą. Raczej nie zastanawiamy się nad prędkością swojego czytania, chyba że stanowi ona przeszkodę w delektowaniu się dziełem. Ja sam kiedyś wkurzałem się, że nie czytam z zadowalającą mnie prędkością. Zwiększyłem ją znacznie przez regularne czytanie, lecz zawsze zastanawiałem się nad kursem szybkiego czytania. Znalazłem jedną metodę, która po raz kolejny zwiększyła moją prędkość. Zacząłem zauważać pewną zmianę. Czy warto czytać szybko, czy może powinniśmy delektować się słowem?

Szybkie czytanie, o którym wspominam wyżej, osiągnąłem za pomocą Tim’a Ferris’a. Jego metoda opisana jest dokładnie tutaj. Zakłada ona, iż każdy może zwiększyć swoją prędkość czytania o 300% w mniej niż 20 minut. Sama metoda nie jest zła, lecz trudno jest się przyzwyczaić do nowego sposobu rozpoznawania tekstu.

Ucząc się do większego egzaminu, nie damy rady bez przeczytania kilku lektur, bądź zapoznaniem się ze sporą ilością tematycznego tekstu. Tu dostrzegamy pożyteczność szybkiego czytania. Bez problemu możemy przebijać się przez stosy książek, setki artykułów z całkiem dobrymi efektami. Nasz mózg konwertuje treść, a to, co wpada nam do pamięci, zostaje z nami na dłużej. Oszczędność czasu jest wtedy nieoceniona, szczególnie gdy dany egzamin mamy następnego dnia.

Każdy z nas przeżył kiedyś głód po wiedzę. Znajdujemy sobie jakąś dziedzinę, szczególnie nas zainteresuje i chcemy dowiedzieć się o niej wszystkiego. Czytamy, godzina za godziną, kolejne podręczniki, a czas mija nam szybko. To właśnie staje się naszą zgubą. Przepuszczamy cenny czas przez pochłanianie się danej dziedzinie, a wiemy, że moglibyśmy przeczytać to szybciej, gdybyśmy tylko wiedzieli jak. Po raz kolejny oszczędzilibyśmy czas, nie marnując przy tym treści, gdyż kiedy robimy coś z przyjemnością, zostaje to w naszej głowie o wiele, wiele dłużej.

Zapomnijmy, na chwilę, o oszczędności czasu. Biorąc w rękę dzieło pokroju „Lodu” Dukaja, źle poczulibyśmy się, gdybyśmy czytali je szybko. Słowa, składnie przygotowane specjalnie dla czytelnika nie mogą zostać pominięte bądź co gorsza, zapomniane. Zachwycamy się powolutku, zagłębiając się w słowny świat autora. Zachwycając się każdym zdaniem, każdą frazą, trudno jest nie dostrzec geniuszu autora. Treść słowna rezonuje z naszym wewnętrznym poczuciem języka. Czujemy je w głowie, czujemy je w sercu.

Nie odrzucamy pochopnie fabuły bądź wkładu informacyjnego jak w przypadku szybkiego czytania. Pełniej rozumiemy tekst, nasz umysł z jeszcze większą łatwością pochłania dane treści. Zanurzamy się w nieznanym nam świecie, relaksujemy się w nowym otoczeniu. Rozwijamy swoją wyobraźnię, nie pomijamy niczego. Karmimy mózg oraz duszę pełnowartościowym posiłkiem, a szybkie czytanie jest fast foodem krainy książek.

Znam jeszcze jedną metodę szybkiego czytania, lecz nie miałem okazji jej przetestować. Tutaj masz dwa filmiki przedstawiające ją:


Czas jest jednym z surowców, których nigdy nie odzyskamy. Poświęcamy kilka chwil dziennie, tygodniowo, aby zatopić się w innym świecie. Czy chcemy spędzić ten czas na słownym sprincie, czy może chcemy przebiec maraton literatów?