Tydzień. 7 dni, 168 godzin. Wydaje się, iż jest to całkiem niedużo. Chociaż są pewne 24 godziny, które często dłużą nam się w nieskończoność. Chyba dobrze wiesz, o którym dniu tygodnia mówię.

Jako przykład weźmy Tomka, typowego pracownika korpo. Budzik ustawiony na 7:00 w ten piękny poniedziałkowy poranek. Dzień wcześniej oczywiście musiał być melanż, bo jak to weekend bez melanżu. „Powrót do domu o 2 był złym pomysłem.”- myśli na głos nasz bohater. Bierze szybki prysznic, głowa pęka w szwach, ale nie może się nie pojawić w robocie, bo by go wylali. Znowu poniedziałek zawitał do jego biura. Wszyscy jacyś zaspani, zmęczeni, a nasza szara myszka Tomuś kieruje się w stronę swojego boksu, myśląc, że nie zostanie zauważony przez szefa. Jednak chytrość nie była jego mocną stroną, a boss zagrodził mu drogę oraz poprosił do swojego biura. Rezultat był do przewidzenia. Nie wywiązawszy się w zeszłym tygodniu z wszystkich projektów, nadana mu zostaje nadwyżka. Podwójna ilość roboty na podwójny brak czasu. Dopiero ok. godziny 14 budzi się z letargu umysłowego i rusza do pracy. Koniec zmiany o 15, a problem się powtarza. Projekty niezrealizowane, ale zmiana zrealizowana. „Nareszcie ten dzień się skończył” – mówi Tomek do jednego ze swoich współpracowników.

Zanalizujmy zatem przykład naszego kochanego Tomusia. Początek dnia — pobudka. Nic nie ciąży nam na umyśle tak jak ten poranny budzik w poniedziałek. 2 dni wolnego poprzedzające tę chwilę były zdecydowanie za krótkie. Nie zdążyliśmy się jeszcze przyzwyczaić do wolnego czasu, a tu kubeł zimnej wody wylewa się na nasze życie. Powrót do rzeczywistości po dosłownie chwili wolności. Mogłaby być imprezka, mogło też być jakieś świetne czytanie do późna. I jak tu ma nasz protagonista porządnie wypocząć, jeżeli straszony jest tym dniem. Myślę, że nie jest to przypadek, że jedyne dwa dni na P to skrajności. Piąteczek to wolność, smak chwili. Niestety o jego brzydszym bracie tego samego powiedzieć już nie możemy.

Najgorszym błędem, jaki często popełniamy, jest żałowanie tego, że dobrze się bawiliśmy w weekend. Co z tego, że przeniosło to się na przyszły tydzień ? Żyliśmy przecież chwilą, relaksowaliśmy się, chcieliśmy ten krótki czas zagospodarować jak najlepiej. Wkrada nam się kac — ten moralny i często ten prawdziwy. „A mogliśmy tyle zrobić” – często wmawiamy sobie takie bajki. Mogliśmy, ale tego nie zrobiliśmy. Mieliśmy wybór i wybraliśmy na korzyść naszego samopoczucia.

Tomek stresuje się swoją pracą. Wie, że w zeszłym tygodniu nie do końca wypełnił swoje obowiązki, a weekend miał przeznaczyć na nadrabianie ich. Szok. Ten poniedziałkowy szok jest tym, co nam szkodzi najbardziej. Powrót na ziemię, powrót do ziemskich problemów. Weekend był momentem uniesienia, eskalacji naszych przyjemności. 2 dni wolnego to zdecydowanie za mało na taki jeden poniedziałek.

Z każdą przerwą następuje okres na regenerację sił do stanu poprzedniego. Podobnie również jest u naszego bohatera. Ten czas wolny nie zaszkodził mu, lecz pozwolił skupić się na rzeczach przyjemniejszych, które nie wykorzystują tych części mózgu, jakich wymaga jego praca. Zastał się trochę, a jego umysł potrzebuje trochę czasu, aby odtajać. Poniedziałek ma być tym dniem, który daje nam rozruch na cały tydzień. Często bywa, że to właśnie on blokuje go, wymęczając nas doszczętnie.

Sytuacja powtarza się z zeszłego tygodnia. On nie wypełnił swojej pracy, czyli ponownie przegrał pojedynek z początkiem tygodnia.

A może to narzekanie na poniedziałki to zwykły bullshit. Może cierpimy w ten dzień, bo jak Tomek, jesteśmy leniami, nieumiejącymi wyrobić sobie nawyku ciężkiej pracy, bez względu na warunki. Każdy poniedziałek jest ciężki, bo my sprawiamy, że taki jest. Czy aby na pewno ?

bc77162c22e6ae4d2413acffbcba3bbd

 

 

Wasz kochany,

Piotr Herdzik