Codziennie mówimy. Mówimy do swoich znajomych, swojej rodziny, swoich przyjaciół, a czasami nawet do samych siebie. Zazwyczaj nie doceniamy tego, że w większości przypadków porozumiewamy się w swoim ojczystym języku, i nie musimy wychodzić ze swojej „językowej strefy komfortu”. Często wstydzimy się tego, że nie jesteśmy w pełni płynni w języku, którym się posługujemy np. za granicą. Czy język jest na tyle „płaski”, że służy on tylko do porozumiewania się, czy może niesie ze sobą jakieś głębsze przesłanie, drugie dno?

Ucząc się nowego języka chłoniemy, jak gąbka, wszystkie informacje dotyczące słówek, gramatyki oraz akcentów. Jak już troszkę swobodniej się w nim poczujemy, próbujemy rozmawiać w tym języku. Szybko orientujemy się, że nie tylko te informacje przyswajamy. Rodzaj mowa, szybkość oraz płynność często mają naleciałości kulturowe. Jeżeli nasz zasób słów jest wystarczający do konwersacji, to łatwo nam wyłapać zapożyczenia. Wszystkie te mikro, bądź makro zmiany, kreują słownictwo obywatela, a ty jako uczący się, powoli zaczynasz czuć się jak obywatel. Utożsamiasz się z mieszkańcami kraju, bo poznajesz historię języka. Języka, który na przestrzeni lat ewoluował razem z mieszkańcami. Mimo, iż prawdopodobnie nie byłeś jeszcze w państwie narodzin tej mowy, to ona pozwala ci ciut poczuć przedsmak wyprawy, którą odbędziesz w dalszej, lub bliższej przyszłości.

Jeśli już wylądujesz w kraju docelowym, znajomość twojego języka okaże się niezastąpiona. Jakakolwiek ona by nie była, ludzie i tak ją docenią. Wielu polaków kryguję się nie mówiąc po angielsku, gdyż boją się, że ludzie ich obśmieją. „Broken english” to funkcjonalne określenie dla niepoprawnie używanego języka, lecz wątpie w to by obywatel Wysp, bądź mieszkaniec Australii lub USA potrafił wyśmiać cudzoziemcę, za niepoprawne zastosowanie czasu. Ludzie są bardziej wyrozumiali, niż nam się wydaje. Często nie próbujemy nowych rzeczy, bo boimy się ryzyka jakie za nimi się ciągnie.

Osobiście płynnie posługuję się dwoma językami, poza polskim. Niemiecki i angielski okazały się tymi językami, od których rozpocząłem swoją przygodę lingwistyczną. Język Wysp spodobał mi się na tyle, że obecnie go studiuję jako student 1 roku studiów filologicznych. Z niemieckim wiąże się ciekawa historia. Moją przygodę z nim rozpocząłem jeszcze zanim uczyłem się angielskiego. Mieszkam w dość odosobnionej części miasta, więc nigdy nie było mi dane posiadanie telewizji kablowej. Co za tym idzie, musiałem zadowolić się bajkami z niemieckiej telewizji. Początki pewnie były na tyle trudne, że wyparłem je z pamięci. Spora część mojego dzieciństwa to telewizje SuperRTL lub RTL II. Wszystko co dobre ma kiedyś swój koniec, a kiedy wyrosłem już z oglądania bajek w telewizji, chciałem rozpocząć naukę w szkole językowej. Niestety, bądź stety byłem na tyle zaawansowany na swój młody wiek, że jedynym sposobem na mój rozwój były lekcje indywidualne. Miałem akurat rozpocząć naukę języka niemieckiego w gimnazjum, więc zrezygnowałem z takiego programu nauczania. Moją największą bolączką zawsze była gramatyka, w obu przypadkach. Lubiłem mówić, nie lubiłem ograniczeń. Gramatyka stawiała klatkę nad słownictwem, a uczenie się wszystkich wyjątków i odmian przysparzało mi wiele kłopotów. Często jeździłem na olimpiady, lecz odpadałem na wszelkich gramatycznych zadaniach.

Obecnie poza studiowanie języka angielskiego, na własną rękę, w domowym zaciszu, uczę się języka japońskiego. Jako swój osobisty cel wyznaczyłem sobie właśnie rok 2016 na opanowanie go do płynności konwersacyjnej. Jako, że chciałbym kiedyś zamieszkać w Japonii, na kilka miesięcy, może kilka lat, język ten może okazać się niezbędny. Jestem dopiero na początku swojej drogi, gdyż uczę się dopiero 2 miesiące, i jedyne co umiem to kilkaset słówek oraz kilka zwrotów. Wydaję mi się, iż udało mi się zawrzeć w tym poście wiele informacji, oraz udowodnić, że język nie tylko służy do porozumiewania się.

Wasz kochany,

Piotr Herdzik