Uderzyło.

Jak grom z jasnego nieba, podczas podróży do pracy doznałem konfrontacji z rzeczywistością. Mój rozum nie mógł pojąć skąd tyle pytań, nagle, nagromadziło się w mojej głowię. Echo “Po co? Dlaczego? Czy naprawdę tego chcesz?” rozbijało się po mojej czaszce. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak wielki wpływ będzie to miało na moje, jeszcze krótkie, życie.

Po maturach, nie do końca widziałem “co i jak”. Nie było jakiegoś uniwersalnego poradnika, który umożliwiłby mi swobodne poruszanie się po przyszłości. Mój umysł czegoś potrzebował, czegoś mu brakowało. Trudno mi to ubrać w słowa. Życie traciło swój sens. Ciężki czas, który ogarnął moje serce, powoli odszedł, a ja powstałem jak Feniks z popiołów.

Szukałem. Naprawdę długo szukałem. Jak *kimś* zostać, jak zrobić *coś*. Obejrzałem masę filmików, przeczytałem setki artykułów. Wyposażyłem się w specjalne książki, wierząc, że to one nadadzą ponownego sensu mojemu istnieniu. I muszę powiedzieć, że wnioski, które z nich wyciągnąłem pomogły mi dalej.

Studia, na które się dostałem, były tymi, które jak najbardziej chciałem. Trudno mi było słuchać innych, szydzących z mojego wyboru. “Po tym nie ma pracy! Chcesz burgery w McDonald przygotowywać ?” – to tylko jedne z niewielu wypowiedzi jakie usłyszałem bezpośrednio. Gdyby to zbiło mnie wtedy z drogi, którą chcę podążać, droga ta nie byłaby dla mnie. Z czasem, krok po kroku, zacząłem zupełnie ignorować, jakąkolwiek krytykę, która była kierowana w stronę mojego kierunku studiów. Chciałem się tego uczyć, chciałem się w tym rozwijać. Dostanie się na ten kierunek, na jednej z lepszych uczelni w Polsce, równało się prawie z cudem. Mi się udało, co sam uważam za mały sukces. Lubię słowo sukces, mimo tego, że może być mały albo duży, w pełni odzwierciedla to co się osiągnęło. Jest złotym środkiem gratyfikacji swoich wyczynów.

Praca, którą się zajmowałem, w tym czasie, dotyczyła obsługi klientów przy kasie. Mimo banalności, wyciągnąłem z niej bardzo wiele. Moja introwertyczna persona została odsunięta na bok. Stałem się o wiele pogodniejszy, choć niesamowicie wyczerpywało mnie to mentalnie. Wyciągnięty z domowego ciepła, musiałem skonfrontować się z zimną rzeczywistością rynku pracy dla młodych. To doświadczenie było czymś szczególnym, gdyż dostrzegłem wtedy wartość pracownika i jego miejsce w korporacji. Wyzyskiwanie było widoczne na każdym kroku. Świat działa na niewybaczalnych zasadach. Zawsze gdzieś będzie się wyrzucało jedzenie, innym potrzebne do życia. Harmonia świata.

Po pracy często czytałem wyżej wymienione książki. Uniwersalne rady, biznesowe how to to tylko fragment tego co udało mi się z nich wyciągnąć. Najbardziej interesowały mnie tematy o stosunkach międzyludzkich, pasji oraz o misji życiowej. Zawsze sprowadzało mnie to do głodu za większą Informacją. Ku mojemu zdziwieniu, informacje zaczęły się powtarzać, bądź co gorsza, zaprzeczać samemu sobie. Coś było zdecydowanie nie tak. Wiedziałem, że chcę być szczęśliwy w swoim życiu, a jedynym sposobem aby to osiągnąć, było życie w zgodzie z samym sobą. Byłem zagubiony. Nie wiedziałem co dalej.

Zmiana.

Potężne słowo. Proces kryjący się w tym słowie jest najważniejszy w naszym życiu. On sprawia, kim jesteśmy, kim się stajemy. Jest szkieletem dla naszej duszy. Karkiem naszego ego. W nim znalazłem złoty środek rozwoju. Musiałem coś zmienić. Zacząłem bawić się swoimi nawykami. Moja samodyscyplina z dnia na dzień stawała się silniejsza. Powoli zacząłem żyć na autopilocie, rozwijając to co chciałem, ucząc się tego co chciałem. To dlaczego wcześniej mi się nie udawało, powoli stało się jasne. Zawsze pragnąłem czegoś na zawołanie. Lekcja, którą wyciągnąłem, pozwoliła mi cieszyć się codziennymi sukcesami, a nie głównym celem. Bardzo spodobało mi się to zdanie – “Nie liczy się cel, tylko sama droga”.

Rutynizacja to coś, bez czego teraz trudno byłoby mi się połapać w życiu. Robiąc regularnie “Pit Stop”, prowadząc dziennik, medytując, ćwicząc fizycznie; kreuję lepszego siebie. Kreuję takiego siebie, jakiego chciałbym spotkać w niedalekiej przyszłości.